Ciągle obracałam w dłoniach ten mały czerwony kształt, czując się absurdalnie, że tak bardzo przejmuję się skrawkiem plastiku. A jednak coś we mnie uparcie nie pozwalało mi go puścić. Wyglądał na zaprojektowany, celowy, wręcz sprytny. Krążyliśmy wokół teorii: broń-zabawka, część rowerowa, jakiś zapomniany gadżet. Każde przypuszczenie tylko pogłębiało
absurdalne poczucie, że umyka mi coś oczywistego, jak słowo na końcu języka.