W końcu moja ciekawość przezwyciężyła zażenowanie. Pewnego popołudnia podszedłem do sąsiadki, którą ledwo znałem z naprzeciwka, życzliwej kobiety, która często dbała o swoje rabatki kwiatowe z precyzją i troską. „Widziałaś te dziwne rzeczy wiszące przed domem Thompsonów?” – zapytałem ostrożnie. Przygotowałem się na śmiech, osąd, a co gorsza, na zlekceważenie. Zamiast tego wybuchnęła rozbawionym, niedowierzającym śmiechem – takim, który sprawia, że czujesz się jednocześnie głupio i oświecony.
„To makaron” – powiedziała, w końcu odzyskując panowanie nad sobą. „Makaron domowej roboty, suszący się na słońcu. Twoja wyobraźnia szaleje”.