Zima przyszła jednak bezlitosna i nagła. Mroźne powietrze i brak schronienia szybko zebrały swoje żniwo. Ania, osłabiona latami życia na ulicy, zachorowała na ciężkie zapalenie płuc. Jan robił wszystko, co w jego mocy – biegał po aptekach, błagając o leki, okrywał ją wszystkimi swoimi kocami, ogrzewał jej dłonie własnym oddechem. Jednak jej promienny uśmiech gasł z dnia na dzień. Pewnej nocy, w opuszczonym schronie, Ania spojrzała na niego po raz ostatni, szepcząc, że gwiazdy dzisiaj świecą tylko dla nich. Odeszła cicho, nad ranem, zostawiając Jana w absolutnej, lodowatej ciszy.
Śmierć Ani przełamała coś w i tak już kruchej psychice Jana. Poważna zaduma zamieniła się w głęboki, nieodwracalny obłęd. Jan przestał uciekać przed zimnem. Zaczął błądzić po ulicach, rozmawiając z pustą przestrzenią obok siebie, przekonany, że Ania wciąż tam jest, tylko ukrywa się przed wzrokiem innych. Śmiał się głośno do pustych witryn sklepowych, tańczył sam na środku skrzyżowań i zrywał zmarznięte gałęzie, twierdząc, że to bukiety dla jego ukochanej.
Lekarze i przechodnie nie widzieli już w nim dumnego, milczącego samotnika, lecz człowieka, który całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Pewnego wieczoru, gdy siedział na śniegu, całując powietrze i płacząc z radości, że Ania do niego wróciła, został zabrany przez pogotowie ratunkowe.
Jan trafił do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Tam, w białym, sterylnym pokoju, z dala od ulicznego zgiełku i mrozu, spędzał całe dnie przy oknie. Patrzył na dziedziniec, szepcząc coś do siebie z melancholijnym uśmiechem. Dla całego świata stał się szaleńcem, lecz w swoim własnym, zamkniętym umyśle wciąż biegał z Anią po dachach warszawskich kamienic, tam, gdzie nikt nie mógł ich już rozdzielić.
Cienie na Bruku, Gwiazdy w Mroku